Spływ kajakowy Liswartą i Wartą (12-13.07.2014)

Pogoda pod koniec ubiegłego tygodnia bardzo nas nie rozpieszczała. Również w sobotę wczesnym rankiem, kiedy wsiadaliśmy do samochodu z zamiarem wyjazdu na dwudniowy spływ kajakowy Liswartą lało „jak z cebra”. Jednak po krótkiej naradzie z Jankiem doszliśmy do wniosku, że nie wypada aby kajakarze bali się wody. Poza tym nie mogliśmy sprawić zawodu kolegom, których mieliśmy zabrać po drodze. Tym bardziej, że jeden z kolegów z Buska, który miał jechać własnym samochodem zrezygnował w ostatniej chwili z wyjazdu. O szóstej rano wyruszyliśmy na spotkanie z przygodą, z nadzieją, że pogoda musi się poprawić.
O godzinie siódmej zabraliśmy z Buska Sebastiana, a na stacji PKP w Jędrzejowie dosiadł się Zbyszek. W kompletnym składzie ruszyliśmy w kierunku Częstochowy. Droga mijała nam szybko. W czasie jazdy toczyły się dyskusje na temat korekty trasy zaplanowanego spływu. Postanowiliśmy, że zamiast rozpoczynać spływ w Krzepicach i płynąć uregulowanym (mało ciekawym) prostym odcinkiem Liswarty lepiej zrobimy, gdy spływ rozpoczniemy w Dankowie. Tym bardziej, że w Dankowie mieści się wypożyczalnia kajaków (filia Jędrzejowskiej firmy „Kajakiem.pl”). Metę spływu, już na Warcie, przesuwamy z Wąsosza Górnego do Działoszyna. Manewr ten pozwoli nam na przepłynięcie jednym z ładniejszych odcinków Warty, a przy okazji zaoszczędzimy na kosztach transportu kajaków z Dankowa do Krzepic.
Przed Częstochową zaczęło się przejaśniać, a gdy dojechaliśmy do Dankowa była już piękna, słoneczna pogoda. Stwierdziliśmy, że to nagroda za wytrwałość. O godzinie 11:00 po zaształowaniu bagaży do kajaków byliśmy na wodzie. Za nami swoje kajaki zrzucały na wodę następne spływy. Tym czasem my podziwialiśmy już piękną Liswartę, płynąc najbardziej malowniczym odcinkiem rzeki. Do jej ujścia do Warty w miejscowości Kule pozostało około 26 km. Nocleg zaplanowaliśmy 2 km dalej, w Wąsoszu Górnym nad Wartą. Rzeka na tym odcinku pięknie meandruje, a jej brzegi są porośnięte lasami. Oswojone dzikie kaczki nie reagują na widok kajaków. Wysoko nad głowami latały nam jastrzębie, bociany i siwe czaple. Nie obyło się bez przenosek. Dwa razy musieliśmy przenosić kajaki przez progi spiętrzające wodę dla potrzeb starych malowniczych młynów, przerobionych na małe elektrownie wodne. Znajduje się tu też kilka bystrzy i wiele zwalonych drzew na podmytych przez wodę brzegach, co urozmaica spływ i stwarza sytuacje, które wspomina się potem w długie zimowe wieczory, oglądając zdjęcia ze spływu. Taka właśnie sytuacja i nam się przydarzyła.
Silny nurt, zwalone drzewo i chwila nieuwagi wystarczyły abyśmy obaj z Jankiem znaleźli się w wodzie. I tak utonął kapelusz Janka i moja laska (inwalidzka). O innych ciężkich rzeczach nie wspomnę. Również telefon spróbował wody i na razie oczekuje na reanimację. Pozostał też na dnie w rzecznym mule but Zbyszka, który ofiarnie wyskoczył z kajaka, aby połapać nasze pływające „bety”. Trochę śmiesznie wyglądał, gdy szedł w Kulach do sklepu w jednym bucie i w skarpetce. Nie trwało to jednak długo, bo po chwili wyłowiliśmy mu innego klapka, który akurat koło nas przepływał. Ponieważ klapek był prawie w tym samym kolorze, to różnica w rozmiarach nie rzucała się w oczy. Słońce chyliło się już ku zachodowi gdy dopłynęliśmy do miejsca noclegu w Wąsoszu Górnym. Po chwili odpoczynku i szybkiej kolacji przyrządzonej z niezamoczonych zapasów, które płynęły w kajaku Sebastiana, zabraliśmy się za rozstawianie namiotów. I tu pojawił się problem. Nie mogliśmy znaleźć dwuosobowego materaca pneumatycznego, który (jak się później okazało) został w pośpiechu zapomniany i leżał sobie w bagażniku samochodu pozostawionego w Dankowie. Weszliśmy do śpiworów, a za posłanie w namiocie służyła nam zieloniutka trawa. Noc była dosyć ciepła, ale rano bolały nas kości i mięśnie poodgniatane na twardej ziemi. Koło godziny 10:00, gdy słońce osuszyło już rosę, zwinęliśmy namioty i po śniadaniu wyruszyliśmy na spotkanie dalszych wodnych wrażeń.
Postanowiliśmy dopłynąć do Działoszyna. Chcieliśmy zakończyć spływ w godzinach popołudniowych tak, żeby przed nocą wrócić do domu. Pogoda od samego rana była wymarzona. Słońce pięknie grzało w plecy, a zachodni wiaterek chłodził nasze rozgrzane ciała. Rozleniwienie słońcem i nie do końca wygodnie przespana noc uśpiła naszą czujność. Kiedy wypłynęliśmy zza zakrętu niesieni nurtem Warty, zauważyliśmy, że rzekę przegradza zwalone pod powierzchnią wody drzewo. Na właściwą rekcję było już trochę za późno i wpłynęliśmy na przeszkodę pod złym kątem. Boczne uderzenie w przeszkodę i uchwycenie się gałęzi spowodowało nabranie wody do kajaka. Tym razem strat w dobytku nie było. Jednak wszystkie nasze bagaże zostały ponownie zalane. Po wylaniu wody z kajaka kontynuowaliśmy spływ. Gdy dotarliśmy do Działoszyna było jeszcze wcześnie. Dlatego po krótkim odpoczynku i przeniesieniu kajaków przez stopień wodny przy starym młynie zepchnęliśmy kajaki na wodę i popłynęliśmy dalej. Naszą kajakową przygodę zakończyliśmy za mostem drogowym w Bobrownikach, gdzie zdaliśmy kajaki, a kierowca, który je od nas odebrał przewiózł nas do samochodu w Dankowie.
Pora na podsumowanie spływu. W ciągu 2 dni pokonaliśmy łącznie około 53 – 54 km Liswarty i Warty. Obydwie te rzeki są czyste, piękne i godne polecenia amatorom kajakarstwa. Szkoda tylko, że brakło nam czasu na przepłynięcie odcinka za Baranowem, który wiedzie przez Park Krajobrazowy Międzyrzecza Warty i Widawki. Jednak coś trzeba sobie zostawić na następne spływy, o których dyskutowaliśmy w czasie całej drogi powrotnej. Wszystkim kajakarzom wybierającym się na te piękne rzeki życzymy „stopy wody pod kilem”.
Andrzej Styś
Podpisy pod zdjęciami: JH


Licznik odwiedzin: